tytuł

2013/08/28

Kolesław czy kolsloł, oto jest pytanie?


Jo, z czym Ci się kojarzy kapusta?

gołąbki

bigos

kiszona

?

Ale żeby zjeść całą główkę, co ja piszę - cały łeb kapusty, w 4 dni na surowo? Słyszałaś o czymś takim?

I już słyszę Twoje "kapuuustaaaa, no co Tyyyy? przecież my jemy kapustę często na obiad".

Ale dla mnie właśnie zaskakujące jest to, że to jest Coleslaw - pogardzana sałatka z białej kapusty, dodawana do pizzy w promocji, lądująca zawsze w śmieciach (pomimo że nie lubię wyrzucać jedzenia, bardzo ciężko jest przekonać panie z Pizza Hut, że jednak nie, dziękuję, ale nie chcę tej kapusty!).
I właśnie to jest Coleslaw - coś, czego nie mogliśmy przestać jeść, co chwilę słychać było odgłos szatkowania kapusty, tarcia marchewki i mieszania sosu... i od nowa! Delizioso!! Perfetto!!



Przepis od Whiteplate, lekko zmodyfikowany

kapusta, dla mnie najlepsza poszatkowana na bardzo cienkie i długie piórka
1 mała cebula, drobno pokrojona
1 marchew, starta na tarce o drobnych oczkach
70 ml naturalnego jogurtu
150 ml majonezu
1/2 łyżki chrzanu

(Do sałatki oczywiście jedliśmy burgery, ale to materiał na osobny wpis)

I pytanie tytułowe, bo przecież w sumie to dość istotna sprawa, co wolisz: swojskie "kolesław" czy z hamerykańska "kolsloł"? :)

2012/10/02

Książkowo i jesiennie



Niespodziewanie przyszła jesień.
Nic to, że jest już początek października. Niespodziewanie.
W szafie nadal letnie ubrania, klapki czekają przy drzwiach na wyjście, które nie nastąpi, a kurtki zamknięte w pawlaczu straszą i pohukują.

Zbliżają się zatem chłodne wieczory, spędzane pod kocem z aromatyczną herbatą, których nieodłącznym elementem jest dobra książka.
Zbliża się także, przynajmniej w moim przypadku, czas Wielkiego Głodu. Gdy tylko temperatura spada, mój organizm domaga się coraz to większych ilości jedzenia. Pewnie w środku mam jakiś rodzaj koksownika, który działa tylko na wysokokaloryczne paliwo.

Odebrałam dzisiaj z poczty zamówioną już jakiś czas temu książkę Rachel Allen i pomyślałam, że to dobry pretekst do napisania posta o książkach, które wpasują się w jesienne klimaty. A jakże, kulinarne!



Na początek przezabawna książka o krytyk kulinarnej z Nowego Jorku, która by napisać rzetelną recenzję ucieka się do przebrań, zarówno fizycznych jak i mentalnych. Naprawdę niezła lektura, przeczytałam ją już 2 razy, więc z chęcią oddam w dobre ręce. Ruth Reichl - Czosnek i szafiry, czyli sekretne życie krytyka w przebraniu

Druga pozycja to książka o tym, jak fotografować jedzenie. Cóż, przeżyłam małe rozczarowanie, gdyż jedyną informacją, która okazała się dla mnie nowa, a zarazem oczywista (dlaczego wcześniej na to nie wpadłam??), była sugestia, żeby używać matowych naczyń! Oczywiście zdjęcia zawarte w książce są jak najbardziej warte uwagi i analizy. Helene Dujardin - Ujęcia ze smakiem

"Z punktu widzenia struktury i tekstury mięsa największe znaczenie dla sztuki kulinarnej mają miozyna i aktyna. (...) Do zauważalnej denaturacji miozyny w mięsie z ryby dochodzi już w temperaturze rzędu 40 st.C. Aktyna denaturuje się w temperaturze około 60 st.C.W przypadku mięsa zwierząt lądowych - żyjących w środowisku, w którym muszą znosić o wiele wyższą temperaturę, a czasami spiekotę, miozyna podlega denaturacji w temperaturze rzędu 50 - 6- st.C (konkretna wartość zależy od czasu eskpozycji, pH itd.), a aktyna w 66 - 73 st.C." - tak, tak, to jest cytat z kolejnej książki. 398 stron chemii, fizyki i matematyki kulinarnej. Swoją drogą tytuł ma bardzo adekwatny do treści. Ciekawa jestem w jakim nakładzie się sprzedała ;)  Jeff Potter - Gotowanie dla geeków

I ostatnia pozycja - urocza Rachel Allen. Do tej pory oglądając jej programy naprędce notowałam przepisy i za każdym razem okazywały się totalnymi hitami. Wydała całkiem sporo książek, ale ta akurat najbardziej mi odpowiada i nie mogę się doczekać, kiedy wypróbuję kolejne przepisy i będziemy wzdychać i mlaskać nad wołowiną po koreańsku z ryżem i awokado albo wolno pieczonym kurczakiem z chilli i cytryną. Przepisy są proste, składniki niewyszukane, a więc trafione w 100%! Rachel Allen - Rachel's Food for Living.


Na mojej liście życzeń jest jeszcze kilka pozycji. Ale o tym w następnym wpisie. Najpierw czeka mnie wyszukiwanie, odpływ gotówki z konta i najprzyjemniejsza część - oczekiwanie na awizo. Jeszcze nigdy wycieczki na pocztę nie kojarzyły mi się tak dobrze!




2012/04/02

Klucze już mam!

Dziś odebraliśmy klucze. Powoli oswajamy się z myślą, że trzeba zorganizować przeprowadzkę, malowanie i najważniejsze - remont kuchni!
I tu pojawiają się jak zwykle pytania: JAKI KOLOR WYBRAĆ?

Na pewno elementy szarości. Ale czy nie będzie zbyt smutno, zbyt chłodno jak na kuchnię..?



No dobra - zatem spróbuję szarości przełamać energią czerwieni. Słodki, smaczny truskawkowy kolor będzie idealny. 



Szary i czerwony to klasyka. Ale czy nie za nudna? Może trochę zieleni? 
Muszę pomyśleć o ziołach.... Tymianek, rozmaryn, oregano i koniecznie mięta! No i trochę bazylii.... 



2012/03/10

Czas się pochwalić!

Myślę, że już najwyższa pora, by ogłosić wszem wobec, że - KUPIŁAM MIESZKANIE! (no dobra... kupiliśmy). Co prawda kredyt hipoteczny to najgorsza rzecz, jaka mi się ostatnio przytrafiła, bo raty będziemy spłacać do 2042 roku - ale grunt, że idziemy NA SWOJE.
Klucze odbieramy w kwietniu i zaczynamy od remontu. Najważniejsza będzie kuchnia. Plan już jest, ale czy uda się wszystko zorganizować tak, by efekt końcowy "miał jaja"? Nie wiem...
Podstawa to kolory: białe meble, czarne blaty, ściany lekko popielate, kilka czerwonych dodatków, zieleń ziół, kilka zdjęć babci Irenki i jakiś smaczny plakacik...
Tak postanowiłam, ale wciąż szukam inspiracji. Niezastąpiona jest Deccoria.pl i mój osobisty pożeracz czasu - Pinterest.com







No i najważniejsze, w nowym mieszkaniu będę miała piekarnik! - coś czego mi okrutnie teraz brakuje. Będą ciasta, ciasteczka, tarty, quiche, muffiny, placki i pieczony schabik...

2012/03/03

Parę słów o sushi

Jest weekend. Jest czas na przygotowanie sushi.
Mimo że Krakowie jest coraz więcej sushi-barów i restauracji, wolę przygotować sama - zgodnie z zasadą "wiem co jem".
Przygotowanie sushi jest dość czasochłonne i wydaje się być skomplikowane, ale - przyznaję się - ja idę trochę na łatwiznę. Najwięcej zabawy jest przy sumeshi, czyli ryżu do sushi.

Przygotowanie ryżu:
- podstawa: ryż mus być dobrze wypłukany, wodę przelewam kilkakrotnie, dopóki nie będzie klarowna.
- gotowanie: na 1 szklankę ryżu przypada 1,2 szklanki wody; gotuję pod przykryciem do momentu wrzenia, a potem ok 10 min. na minimalnym ogniu; po zdjęciu ryżu z ognia trzymam go kilka minut pod przykryciem - podobno wtedy lepiej dojrzewa;
- ocet do sushi: podobno idealnie przygotowanie sushi zawiera mieszankę octu (1/2 szklanki), cukru (1/4 szklanki) i soli (1/2 łyżeczki), ale ja dodaję sam ocet w proporcji 3 łyżeczki octu na 1 szklankę gotowanego ryżu. I to też wystarczy.
Ocet dodaje się by ryż nie pochłaniał wilgoci, ryż musi być trochę lepki, ale nie "ciapowaty" czy "gumowaty".

Ryż robię "na oko". Nie używam handai - drewnianego naczynia do sushi, nie mam też uchiwa - wachlarza do studzenia ryżu, ani tym bardziej shamoji - płaskiej łyżki z drewna bambusowego do mieszania ryżu.
Moje główne narzędzie- ostry nóż do krojenia.

Składniki:
Oprócz przygotowanego wcześniej ryżu, po ręką mam:
- 2-3 arkusze prażonych wodorostów yaki-nori
- płaty wędzonego łososia
- paluszki krabowe surimi
- serek philadelphia (naturalny)
- majonez
- ogórek
- awokado
- czerwona papryka
to wszystko pokrojone w długie, cienkie paseczki.
- jako dodatek: coś zielonego (pietruszka, szczypiorek)
- czarny sezam
I jeszcze podstawa przy jedzeniu sushi:
- wasabi (pasta lub proszek)
- marynowany imbir
- sos sojowy.


Zwijanie maki-sushi to cała zabawa.
Na macie bambusowej (sudare) kładę arkusz prażonych yaki-nori i nakładam ryż (uwaga: lepiej się nakłada jeśli palce wcześniej zmoczy się w wodzie z octem). Gdy liść nori jest w całości pokryty ryżem, wzdłuż jednego z boków smaruję serek philadelphia i nakładam paski ogórka, awokado, surimi, łososia, trochę papryki (ilość i rodzaj składników traktuję w pełni dowolnie - daję to na co mam ochotę). Ważne jest by ilość składników była na tyle rozsądnie dodana, by zwinięcie liści nori nie było kłopotliwe.
Mata bambusowa przy zwijaniu maki-sushi jest niezastąpiona. Roluję matę tak, aby yaki-nori owinęło się wokół ryżu ryżu i nadzienia.
Potem kroję na małe kawałki (ok 1,5-2 cm)


Do kompletu też przygotowuję zawsze ura-maki-sushi - czyli sushi z liśćmi wodorostów do wewnątrz.
Ryż, ułożony na arkuszach nori, podsypuję czarnym sezamem lub posiekaną pietruszką (tak wiem - to mało japoński akcent, ale bardzo ładnie wygląda), a następnie przykrywam folią i delikatnie obracam na drugą stronę. Potem - jak leci: trochę majonezu lub serka, ryby i pozostałe składniki. Zwijam ostrożnie, by wszystko dobrze się skleiło. Potem kroję na małe kawałki (ok 1,5-2 cm).


Przygotowanie sushi sprawia ogromną frajdę... Polecam zwłaszcza na weekend, kiedy jest trochę wolnego czasu na taką zabawę. Idealnie jest jeśli wpadnie grupa znajomych, a w ręce będzie Choya - słodkie wino z zielonej śliwki ume...
O ulubionych trunkach napiszę innym razem!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...