Dżoł,
Muszę się pochwalić, że byliśmy w weekend po raz pierwszy samodzielnie na grzybach.
Ja do tej pory myślałam ze się kompletnie na tym nie znam.
To fakt, nie znam się zupełnie, pewnie więcej grzybów rozdeptałam niż zebrałam, a w koszyku (wielkanocnym!) królowały głównie podgrzybki (oczywiście myślałam ze to borowiki!).
Bartek robił zdjęcia muchomorom, ja hasałam pośród pajęczyn i pająków gigantów i ogólnie okazuje się, że odkryłam w sobie pasję do grzybobrań. Szkoda, że sezon się akurat kończy... a Plac Imbramowski daleko :(
I do tego mam dla Ciebie trochę gorszą wiadomość z zaufanego źródła grzybozbieraczy: kurek coraz mniej bo za zimno :(
Niemniej mam przepis petardę.
Podobno w oryginale było to risotto z borowikami.
Potem było kaszotto z boczniakami, a u mnie ewoluowało do bulgurotto.
Myślę, że grzyby mogą być dowolne, byle nie jakieś psiary (hmm...przypomnij mi na czym rosną boczniaki??) ;) ale kurki na pewno będą super pasowały!
Przepis Freestyle:
Boczniaki kroję na mniejsze kawałki, ewentualnie odkrawam twardsze nóżki. Jedną cebulę kroję w piórka. Boczniaki razem z cebulą podsmażam na oleju BEZ soli i pieprzu. To, jak już odstawię boczniaki z patelni.
Na tę samą patelnię wrzucam uprzednio ugotowany bulgur (trochę grubszy kuskus,pochodzi z jednej rodziny, ale trzeba go podgotować a nie tylko zalać wodą), kieliszek białego wina do odparowania i pół opakowania mascarpone.
To trochę oszukiwanie, bo przecież risotto gotuje się długo, dolewając bulionu, celebrując itepe
Tu jest wcześniej ugotowane ziarno (oprócz bulguru może być kasza perłowa, pęczak, kuskus, inna kasza), oszukane mascarpone. Ale przecież nie o to chodzi :) efekt końcowy jest naprawdę git!
Na talerzu doprawiam jeszcze świeżo mielonym pieprzem, twardym serem (grana padano, parmezan, bursztyn) i pietruszką.
PS
Wpis piszę u Łuczaja, can you believe it? Nie ma zasięgu ale internet jest!
tytuł
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą izoo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą izoo. Pokaż wszystkie posty
2013/09/27
2013/09/03
Co z tą kapustą? - sequel
Hmm..
Okazuje się jednak że po czterech dniach jedzenia colesława ochota na kapustę przechodzi... W tym czasie kapusta oczywiście zaczyna gdzieś tam od środka gnić, przypominać o sobie i tym bardziej do siebie zniechęca...if ju noł lot aj min ;))
Ale ale... mam jeszcze w planach:
1. kapustę pieczoną - zobacz na Pinteresta pod hasłem "roasted cabbage" - jadłaś coś takiego?? Wygląda bosko!
| Via Pinterest via Kalynskitchen.com |
Oraz:
2. Kimchi - koreańską kiszoną kapustę pekińską, mega ostrą i kwaśną - jutro dokonuje finalnych zakupów, więc spodziewaj się relacji, może być naprrrawdę ostrrro ;) (i śmierdząco hehe)
PS a gołąbki to są najlepsze u mojej Babci i basta!
2013/09/02
Kurka rurka - czyli zakupy nie w Tesco, a w Lidlu
Uwielbiam Lidla
I Biedronkę
I Real
I Kauflanda w Krnovie
I Alberta w Krnovie. Tak, zwłaszcza Alberta, bo wydają co miesiąc gazetkę z przepisami, która jest cudowna, i ma piękne zdjęcia, i jest po czesku :)) ale, znów nie o tym!!
Miło tak pojechać do jednego sklepu i skomponować sobie kolację, zwłaszcza z fajnych składników.
Dzisiaj w Lidlu znalazłam kurki, kurczaka, śmietankę, pietruszkę i uwaga, hit: świeży makaron pappardelle za 2,99zł. Naprawdę, ciężko znaleźć taki makaron suchy, a ten nie dość, że jest świeży to jeszcze z mąki durum i w fajnej cenie. Porcja dla 3 osób, pomimo, że przed ugotowaniem makaronu wydaje się niewiele. No dobra, dwie osoby też dały radę :)
Przepis też nieskomplikowany, ale podaję do wiadomości:
1 pierś z kurczaka
200g kurek
pół cebuli
śmietanka 30%
natka pietruszki
makaron pappardelle
Na małej ilości oliwy z masłem podsmażyłam cebulkę. Dodałam kurczaka, pokrojonego w kostkę i obtoczonego w soli, pieprzu i oregano. Na koniec dodałam kurki, szczodrze dosoliłam i zalałam śmietanką. Dusiłam do zgęstnienia. A w międzyczasie makaron gotował się, według przepisu na opakowaniu, 3 minuty.
Szybkie i pyszne.
Zapomniałam o jednym ważnym składniku: wino!
Nie, no żartuję, akurat ten przepis nie wymaga dodania wina na żadnym etapie, ale miło wypić coś w trakcie.
(Uwaga, kryptoreklama: Martini Royale naprawdę sprawia, że świat jest piękniejszy! Wystarczą dwa kieliszki ;))
I Biedronkę
I Real
I Kauflanda w Krnovie
I Alberta w Krnovie. Tak, zwłaszcza Alberta, bo wydają co miesiąc gazetkę z przepisami, która jest cudowna, i ma piękne zdjęcia, i jest po czesku :)) ale, znów nie o tym!!
Miło tak pojechać do jednego sklepu i skomponować sobie kolację, zwłaszcza z fajnych składników.
Dzisiaj w Lidlu znalazłam kurki, kurczaka, śmietankę, pietruszkę i uwaga, hit: świeży makaron pappardelle za 2,99zł. Naprawdę, ciężko znaleźć taki makaron suchy, a ten nie dość, że jest świeży to jeszcze z mąki durum i w fajnej cenie. Porcja dla 3 osób, pomimo, że przed ugotowaniem makaronu wydaje się niewiele. No dobra, dwie osoby też dały radę :)
Przepis też nieskomplikowany, ale podaję do wiadomości:
1 pierś z kurczaka
200g kurek
pół cebuli
śmietanka 30%
natka pietruszki
makaron pappardelle
Na małej ilości oliwy z masłem podsmażyłam cebulkę. Dodałam kurczaka, pokrojonego w kostkę i obtoczonego w soli, pieprzu i oregano. Na koniec dodałam kurki, szczodrze dosoliłam i zalałam śmietanką. Dusiłam do zgęstnienia. A w międzyczasie makaron gotował się, według przepisu na opakowaniu, 3 minuty.
Szybkie i pyszne.
Zapomniałam o jednym ważnym składniku: wino!
Nie, no żartuję, akurat ten przepis nie wymaga dodania wina na żadnym etapie, ale miło wypić coś w trakcie.
(Uwaga, kryptoreklama: Martini Royale naprawdę sprawia, że świat jest piękniejszy! Wystarczą dwa kieliszki ;))
Burgeroza
Nein nein nein!
Muszę od razu w pierwszym zdaniu zaprotestować! Nein burgerom z mięsa! Mięso jest passe!
Jako, że na polu burgerów wegetariańskich poniosłam okrutną porażkę (pierwszy burger z ciecierzycy był o konsystencji ciapy, drugi burgery z ciecierzycy był o smaku przypalonej panierki, trzeciego i następnych już nie będzie > jak przyjedziesz to odwiedzimy Krowarzywa z najlepszymi wege-burgerami w stolicy!) chciałam Ci zaproponować burgera z łososia, wg przepisu Rachel Allen, z książki Food for Living.
Co potrzeba?
200g łososia (porcja z Biedy jest a-ku-rat)(nie żebym tu robiła jakąś reklamę, ale ten ich łosoś jest jednym z moich masthewów ;))
2 łyżeczki zmielonych nasion kolendry
2 łyżki stołowe posiekanej naci kolendry (ostatnio pominęłam, ale wiem, że daje potrawie kopa)
25g startego parmezanu (równie dobrze w tej roli sprawdza się każdy twardy ser, nawet cheddar...tak, tak z Biedy)
75g bułki tartej
sok i skórka z połowy cytryny
50g uprażonych na suchej patelni orzeszków piniowych (oczywiście wersja domowa może zawierać uprażone pestki słonecznika, dyni etc)
1 jajko, zbełtane (brak mi innego określenia w tym momencie, jeżeli masz/znasz ładniejsze daj znać - zrobię edit)
olej/oliwa do smażenia
Zaczynamy od łososia - po oskórowaniu kroję go na kawałki circa 2x2cm, a następnie podsmażam z 2 minuty ze zmielonymi nasionami kolendry, odrobiną soli i pieprzu do smaku. Kolendra w takiej postaci ma dość wyraźny cytrusowy aromat, który zadziwiająco dobrze pasuje do ryby. Podsmażenie ułatwia późniejszą obróbkę łososia.
Po ostygnięciu ryby (wystarczy aby dało się ją wziąć do ręki, nie musi być zimna) mieszam wszystkie składniki, oprócz jajka. Rozbełtane jajko dodaję na końcu i formuję 4 burgery. Zawsze w tym momencie ogarnia mnie rozpacz - cztery?? Jak to?? Tylko cztery?? ;) Następnie smażę burgery na rozsądnej ilości tłuszczu i voila!
Propozycja podania ze zdjęcia to tortilla wypełniona roszponką i papryką (podyktowane to było jedynie zawartością lodówki) i ukochany coleslaw.
PS. Po zrobieniu zdjęcia rozcięłam burgera na pół, rozłożyłam w tortilli wzdłuż i obłożyłam colesławem... nie wyglądało dobrze ale smakowało bosko!
PS2. Błagam, nie idź na skróty i nie rób burgera bez kolendry, naci, skórki z cytryny lub orzeszków piniowych. Przepis jest idealny właśnie dzięki tym składnikom!
Muszę od razu w pierwszym zdaniu zaprotestować! Nein burgerom z mięsa! Mięso jest passe!
Jako, że na polu burgerów wegetariańskich poniosłam okrutną porażkę (pierwszy burger z ciecierzycy był o konsystencji ciapy, drugi burgery z ciecierzycy był o smaku przypalonej panierki, trzeciego i następnych już nie będzie > jak przyjedziesz to odwiedzimy Krowarzywa z najlepszymi wege-burgerami w stolicy!) chciałam Ci zaproponować burgera z łososia, wg przepisu Rachel Allen, z książki Food for Living.
Co potrzeba?
200g łososia (porcja z Biedy jest a-ku-rat)(nie żebym tu robiła jakąś reklamę, ale ten ich łosoś jest jednym z moich masthewów ;))
2 łyżeczki zmielonych nasion kolendry
2 łyżki stołowe posiekanej naci kolendry (ostatnio pominęłam, ale wiem, że daje potrawie kopa)
25g startego parmezanu (równie dobrze w tej roli sprawdza się każdy twardy ser, nawet cheddar...tak, tak z Biedy)
75g bułki tartej
sok i skórka z połowy cytryny
50g uprażonych na suchej patelni orzeszków piniowych (oczywiście wersja domowa może zawierać uprażone pestki słonecznika, dyni etc)
1 jajko, zbełtane (brak mi innego określenia w tym momencie, jeżeli masz/znasz ładniejsze daj znać - zrobię edit)
olej/oliwa do smażenia
Zaczynamy od łososia - po oskórowaniu kroję go na kawałki circa 2x2cm, a następnie podsmażam z 2 minuty ze zmielonymi nasionami kolendry, odrobiną soli i pieprzu do smaku. Kolendra w takiej postaci ma dość wyraźny cytrusowy aromat, który zadziwiająco dobrze pasuje do ryby. Podsmażenie ułatwia późniejszą obróbkę łososia.
Po ostygnięciu ryby (wystarczy aby dało się ją wziąć do ręki, nie musi być zimna) mieszam wszystkie składniki, oprócz jajka. Rozbełtane jajko dodaję na końcu i formuję 4 burgery. Zawsze w tym momencie ogarnia mnie rozpacz - cztery?? Jak to?? Tylko cztery?? ;) Następnie smażę burgery na rozsądnej ilości tłuszczu i voila!
Propozycja podania ze zdjęcia to tortilla wypełniona roszponką i papryką (podyktowane to było jedynie zawartością lodówki) i ukochany coleslaw.
PS. Po zrobieniu zdjęcia rozcięłam burgera na pół, rozłożyłam w tortilli wzdłuż i obłożyłam colesławem... nie wyglądało dobrze ale smakowało bosko!
PS2. Błagam, nie idź na skróty i nie rób burgera bez kolendry, naci, skórki z cytryny lub orzeszków piniowych. Przepis jest idealny właśnie dzięki tym składnikom!
2013/08/28
Kolesław czy kolsloł, oto jest pytanie?
Jo, z czym Ci się kojarzy kapusta?
gołąbki
bigos
kiszona
?
Ale żeby zjeść całą główkę, co ja piszę - cały łeb kapusty, w 4 dni na surowo? Słyszałaś o czymś takim?
I już słyszę Twoje "kapuuustaaaa, no co Tyyyy? przecież my jemy kapustę często na obiad".
Ale dla mnie właśnie zaskakujące jest to, że to jest Coleslaw - pogardzana sałatka z białej kapusty, dodawana do pizzy w promocji, lądująca zawsze w śmieciach (pomimo że nie lubię wyrzucać jedzenia, bardzo ciężko jest przekonać panie z Pizza Hut, że jednak nie, dziękuję, ale nie chcę tej kapusty!).
I właśnie to jest Coleslaw - coś, czego nie mogliśmy przestać jeść, co chwilę słychać było odgłos szatkowania kapusty, tarcia marchewki i mieszania sosu... i od nowa! Delizioso!! Perfetto!!
Przepis od Whiteplate, lekko zmodyfikowany
kapusta, dla mnie najlepsza poszatkowana na bardzo cienkie i długie piórka
1 mała cebula, drobno pokrojona
1 marchew, starta na tarce o drobnych oczkach
70 ml naturalnego jogurtu
150 ml majonezu
1/2 łyżki chrzanu
1 mała cebula, drobno pokrojona
1 marchew, starta na tarce o drobnych oczkach
70 ml naturalnego jogurtu
150 ml majonezu
1/2 łyżki chrzanu
(Do sałatki oczywiście jedliśmy burgery, ale to materiał na osobny wpis)
I pytanie tytułowe, bo przecież w sumie to dość istotna sprawa, co wolisz: swojskie "kolesław" czy z hamerykańska "kolsloł"? :)
2012/02/13
Wena
Zdradliwa wena, raz jest a raz jej nie ma...
Wena - Kaliber 44
I tak to z tą weną bywa, jak śpiewał Kaliber...a jak weny nie ma to zaglądamy do szuflady, grzebiemy głęboko, zdmuchujemy kurz i paprochy, montujemy coś z niczego i takim to sposobem mamy wpis na bloga.
Czyli można powiedzieć, że sukces... zwłaszcza jak się w międzyczasie zapomniało hasło do własnego bloga!
Wena - Kaliber 44
I tak to z tą weną bywa, jak śpiewał Kaliber...a jak weny nie ma to zaglądamy do szuflady, grzebiemy głęboko, zdmuchujemy kurz i paprochy, montujemy coś z niczego i takim to sposobem mamy wpis na bloga.
Czyli można powiedzieć, że sukces... zwłaszcza jak się w międzyczasie zapomniało hasło do własnego bloga!
2012/02/07
Frencz kolasją
Czyli francuskie pierożki ze szpinakiem i fetą.
...czyli wpis z tumblr'owej wersji bloga - bo warto!
...czyli wpis z tumblr'owej wersji bloga - bo warto!
1 opakowanie ciasta francuskiego
2 opakowania mrożonego szpinaku (nie ma sensu dawać świeżego bo i tak zrobimy z niego papkę)
5 ząbków czosnku ( a co! trzeba tylko pamiętać, że ten wieczór należy spędzić w domu i nie wychodzić do ludzi)
1 opakowanie serka fetopodobnego
sól, pieprz, odrobina gałki muszkatołowej
żółtko do posmarowania pierożków
Najpierw przygotowujemy farsz: szpinak rozmrażamy i podduszamy na patelni z czosnkiem i przyprawami. Po lekkim ostygnięciu dodajemy fetę i mieszamy, tak jak ciasto na muffinki - zostawiamy większe kawałki sera.
Ciasto francuskie tniemy na kwadraty, nakładamy farsz. Po zlepieniu przyciskamy końcówki widelcem, co swoją drogą oprócz ułatwienia sklejania daje motyw dekoracyjny, smarujemy rozbełtanym żółtkiem i pieczemy w wysokiej temperaturze aż pierożki będą dobre.
Wiem, że ta końcówka przepisu jest dość enigmatyczna, ale mój gazowy piekarnik jest równie enigmatyczny i nigdy nie wiadomo jaka jest temperatura i w którym miejscu akurat ona się znajduje ;)
Pierożki najlepiej podać z sałatą skropioną winegretem i lekkim białym winem.
Kolasją smacznehą :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)







