Nein nein nein!
Muszę od razu w pierwszym zdaniu zaprotestować! Nein burgerom z mięsa! Mięso jest passe!
Jako, że na polu burgerów wegetariańskich poniosłam okrutną porażkę (pierwszy burger z ciecierzycy był o konsystencji ciapy, drugi burgery z ciecierzycy był o smaku przypalonej panierki, trzeciego i następnych już nie będzie > jak przyjedziesz to odwiedzimy Krowarzywa z najlepszymi wege-burgerami w stolicy!) chciałam Ci zaproponować burgera z łososia, wg przepisu Rachel Allen, z książki Food for Living.
Co potrzeba?
200g łososia (porcja z Biedy jest a-ku-rat)(nie żebym tu robiła jakąś reklamę, ale ten ich łosoś jest jednym z moich masthewów ;))
2 łyżeczki zmielonych nasion kolendry
2 łyżki stołowe posiekanej naci kolendry (ostatnio pominęłam, ale wiem, że daje potrawie kopa)
25g startego parmezanu (równie dobrze w tej roli sprawdza się każdy twardy ser, nawet cheddar...tak, tak z Biedy)
75g bułki tartej
sok i skórka z połowy cytryny
50g uprażonych na suchej patelni orzeszków piniowych (oczywiście wersja domowa może zawierać uprażone pestki słonecznika, dyni etc)
1 jajko, zbełtane (brak mi innego określenia w tym momencie, jeżeli masz/znasz ładniejsze daj znać - zrobię edit)
olej/oliwa do smażenia
Zaczynamy od łososia - po oskórowaniu kroję go na kawałki circa 2x2cm, a następnie podsmażam z 2 minuty ze zmielonymi nasionami kolendry, odrobiną soli i pieprzu do smaku. Kolendra w takiej postaci ma dość wyraźny cytrusowy aromat, który zadziwiająco dobrze pasuje do ryby. Podsmażenie ułatwia późniejszą obróbkę łososia.
Po ostygnięciu ryby (wystarczy aby dało się ją wziąć do ręki, nie musi być zimna) mieszam wszystkie składniki, oprócz jajka. Rozbełtane jajko dodaję na końcu i formuję 4 burgery. Zawsze w tym momencie ogarnia mnie rozpacz - cztery?? Jak to?? Tylko cztery?? ;) Następnie smażę burgery na rozsądnej ilości tłuszczu i voila!
Propozycja podania ze zdjęcia to tortilla wypełniona roszponką i papryką (podyktowane to było jedynie zawartością lodówki) i ukochany coleslaw.
PS. Po zrobieniu zdjęcia rozcięłam burgera na pół, rozłożyłam w tortilli wzdłuż i obłożyłam colesławem... nie wyglądało dobrze ale smakowało bosko!
PS2. Błagam, nie idź na skróty i nie rób burgera bez kolendry, naci, skórki z cytryny lub orzeszków piniowych. Przepis jest idealny właśnie dzięki tym składnikom!
tytuł
2013/09/02
Kulinarny fotoblog... czy aby na pewno?
Izoo, ile podjeść robiłaś do bloga? ile razy obiecywałaś sobie, jutro to już na pewno zrobię wpis?
Ja mnóstwo! I za każdym razem, gdy coś pichcę, chwytam za aparat z nadzieją "z tego na pewno będzie materiał na wpis". Idupa! guzik!
I chyba dlatego mój ostatni wpis był rok temu, tuż przed przeprowadzką do nowego mieszkania. Były plany na sesję kuchenną, sesję balkonową, sesję świąteczną - bożonarodzeniową i wielkanocną... Plan był na każdy sezon, na kwiaty balkonowe, na nowe szczepki, nowe warzywa wprost z doniczki. I co z tego wyszło?
Nie wiem jak Ty, ale ja mam wyrzuty sumienia - okrutne wyrzuty sumienia.
Może w zimie się uda..? Wierzysz w to?
Na pewno pozwolę sobie na małą zmianę formuły, bo chyba coraz mniej siedzę w kuchni, a moje zainteresowania (i wiem, że Twoje też!) nieco się rozrosły. Będzie mniej "kulinarnie" i mniej "foto". Właśnie tak.
Obecnie jestem na etapie poszukiwania stylizacji na ogród zimowy (no może balkon zimowy...) :) Balkon w wersji letniej już za mną - w ostatnią sobotę pozbyłam się krzaczków pomidorowych; wyschniętej tui, która się nie przyjęła; lawendy, która chyba nie polubiła warunków, jakie jej zapewniałam; kocanki, która była piękna, dopóki nie wyjechałam na wakacje i parę innych sezonowych roślinek...
Więcej o tym w następnych wpisach.
Jak chęci dopiszą, to i ja napiszę... :)
Ja mnóstwo! I za każdym razem, gdy coś pichcę, chwytam za aparat z nadzieją "z tego na pewno będzie materiał na wpis". I
I chyba dlatego mój ostatni wpis był rok temu, tuż przed przeprowadzką do nowego mieszkania. Były plany na sesję kuchenną, sesję balkonową, sesję świąteczną - bożonarodzeniową i wielkanocną... Plan był na każdy sezon, na kwiaty balkonowe, na nowe szczepki, nowe warzywa wprost z doniczki. I co z tego wyszło?
Nie wiem jak Ty, ale ja mam wyrzuty sumienia - okrutne wyrzuty sumienia.
Może w zimie się uda..? Wierzysz w to?
Na pewno pozwolę sobie na małą zmianę formuły, bo chyba coraz mniej siedzę w kuchni, a moje zainteresowania (i wiem, że Twoje też!) nieco się rozrosły. Będzie mniej "kulinarnie" i mniej "foto". Właśnie tak.
Obecnie jestem na etapie poszukiwania stylizacji na ogród zimowy (no może balkon zimowy...) :) Balkon w wersji letniej już za mną - w ostatnią sobotę pozbyłam się krzaczków pomidorowych; wyschniętej tui, która się nie przyjęła; lawendy, która chyba nie polubiła warunków, jakie jej zapewniałam; kocanki, która była piękna, dopóki nie wyjechałam na wakacje i parę innych sezonowych roślinek...
Więcej o tym w następnych wpisach.
Jak chęci dopiszą, to i ja napiszę... :)
2013/09/01
Co z tą kapustą?
Izoo! Kolesław?!
Myślałam, że stać Cię na coś więcej? ;)
Choć w sumie, muszę przynać - zaskoczyłaś mnie. Co prawda spodziewałam się jakiejś tarty... może jakichś nowych przetworów... A tu kolesław! taki pospolity kolesław...
A wiesz, że ja zawsze myślałam, że się pisze - colesław? :)
Sama wikipedia podaje, że nazwa surówki pochodzi z języka niderlandzkiego od słowa koolsla, które jest skrótem koolsalade (surówka z kapusty).
Ale do rzeczy.
Z czym mi się kojarzy kapusta? Z gołąbkami (trafiłaś w sedno!), bo tylko przy gołąbkach kapusta daje mi w kość. Zawsze się przy niej umorduję, poparzę palce, ochlapię całą kuchnię... Ale gra jest warta zachodu.
Mówiąc szczerze - smaka mi zrobiłaś pisząc o kapuście, bo teraz będą mi po głowie chodzić gołąbki... Takie z młodej kapusty... O takie:
Kolesław Kolesławem, ale i tak najbardziej niedoceniana jest czerwona kapusta, stara poczciwa "modro kapusto". Rzadko kiedy pojawia się na blogach w postaci wykwintnych surówek czy farszów.
Chyba w przyszły weekend zrobię. Jadę do GL to będzie jak znalazł na rodzinny niedzielny obiad. Jak zawsze w dwóch wersjach, na ciepło z ocetem i cebulką oraz na zimno - z majonezem!
A co z tymi burgerami?! Dawaj przepis na mięso, bo mnie też do burgerów ciągnie, tylko szukam sposobu, by ostatecznie nie wyszła z tego bułka z mielonym.
Czekam....
Myślałam, że stać Cię na coś więcej? ;)
Choć w sumie, muszę przynać - zaskoczyłaś mnie. Co prawda spodziewałam się jakiejś tarty... może jakichś nowych przetworów... A tu kolesław! taki pospolity kolesław...
A wiesz, że ja zawsze myślałam, że się pisze - colesław? :)
Sama wikipedia podaje, że nazwa surówki pochodzi z języka niderlandzkiego od słowa koolsla, które jest skrótem koolsalade (surówka z kapusty).
Ale do rzeczy.
Z czym mi się kojarzy kapusta? Z gołąbkami (trafiłaś w sedno!), bo tylko przy gołąbkach kapusta daje mi w kość. Zawsze się przy niej umorduję, poparzę palce, ochlapię całą kuchnię... Ale gra jest warta zachodu.
Mówiąc szczerze - smaka mi zrobiłaś pisząc o kapuście, bo teraz będą mi po głowie chodzić gołąbki... Takie z młodej kapusty... O takie:
Kolesław Kolesławem, ale i tak najbardziej niedoceniana jest czerwona kapusta, stara poczciwa "modro kapusto". Rzadko kiedy pojawia się na blogach w postaci wykwintnych surówek czy farszów.
Chyba w przyszły weekend zrobię. Jadę do GL to będzie jak znalazł na rodzinny niedzielny obiad. Jak zawsze w dwóch wersjach, na ciepło z ocetem i cebulką oraz na zimno - z majonezem!
A co z tymi burgerami?! Dawaj przepis na mięso, bo mnie też do burgerów ciągnie, tylko szukam sposobu, by ostatecznie nie wyszła z tego bułka z mielonym.
Czekam....
2013/08/28
Kolesław czy kolsloł, oto jest pytanie?
Jo, z czym Ci się kojarzy kapusta?
gołąbki
bigos
kiszona
?
Ale żeby zjeść całą główkę, co ja piszę - cały łeb kapusty, w 4 dni na surowo? Słyszałaś o czymś takim?
I już słyszę Twoje "kapuuustaaaa, no co Tyyyy? przecież my jemy kapustę często na obiad".
Ale dla mnie właśnie zaskakujące jest to, że to jest Coleslaw - pogardzana sałatka z białej kapusty, dodawana do pizzy w promocji, lądująca zawsze w śmieciach (pomimo że nie lubię wyrzucać jedzenia, bardzo ciężko jest przekonać panie z Pizza Hut, że jednak nie, dziękuję, ale nie chcę tej kapusty!).
I właśnie to jest Coleslaw - coś, czego nie mogliśmy przestać jeść, co chwilę słychać było odgłos szatkowania kapusty, tarcia marchewki i mieszania sosu... i od nowa! Delizioso!! Perfetto!!
Przepis od Whiteplate, lekko zmodyfikowany
kapusta, dla mnie najlepsza poszatkowana na bardzo cienkie i długie piórka
1 mała cebula, drobno pokrojona
1 marchew, starta na tarce o drobnych oczkach
70 ml naturalnego jogurtu
150 ml majonezu
1/2 łyżki chrzanu
1 mała cebula, drobno pokrojona
1 marchew, starta na tarce o drobnych oczkach
70 ml naturalnego jogurtu
150 ml majonezu
1/2 łyżki chrzanu
(Do sałatki oczywiście jedliśmy burgery, ale to materiał na osobny wpis)
I pytanie tytułowe, bo przecież w sumie to dość istotna sprawa, co wolisz: swojskie "kolesław" czy z hamerykańska "kolsloł"? :)
2012/10/02
Książkowo i jesiennie
Niespodziewanie przyszła jesień.
Nic to, że jest już początek października. Niespodziewanie.
W szafie nadal letnie ubrania, klapki czekają przy drzwiach na wyjście, które nie nastąpi, a kurtki zamknięte w pawlaczu straszą i pohukują.
Zbliżają się zatem chłodne wieczory, spędzane pod kocem z aromatyczną herbatą, których nieodłącznym elementem jest dobra książka.
Zbliża się także, przynajmniej w moim przypadku, czas Wielkiego Głodu. Gdy tylko temperatura spada, mój organizm domaga się coraz to większych ilości jedzenia. Pewnie w środku mam jakiś rodzaj koksownika, który działa tylko na wysokokaloryczne paliwo.
Odebrałam dzisiaj z poczty zamówioną już jakiś czas temu książkę Rachel Allen i pomyślałam, że to dobry pretekst do napisania posta o książkach, które wpasują się w jesienne klimaty. A jakże, kulinarne!
Na początek przezabawna książka o krytyk kulinarnej z Nowego Jorku, która by napisać rzetelną recenzję ucieka się do przebrań, zarówno fizycznych jak i mentalnych. Naprawdę niezła lektura, przeczytałam ją już 2 razy, więc z chęcią oddam w dobre ręce. Ruth Reichl - Czosnek i szafiry, czyli sekretne życie krytyka w przebraniu
Druga pozycja to książka o tym, jak fotografować jedzenie. Cóż, przeżyłam małe rozczarowanie, gdyż jedyną informacją, która okazała się dla mnie nowa, a zarazem oczywista (dlaczego wcześniej na to nie wpadłam??), była sugestia, żeby używać matowych naczyń! Oczywiście zdjęcia zawarte w książce są jak najbardziej warte uwagi i analizy. Helene Dujardin - Ujęcia ze smakiem
"Z punktu widzenia struktury i tekstury mięsa największe znaczenie dla sztuki kulinarnej mają miozyna i aktyna. (...) Do zauważalnej denaturacji miozyny w mięsie z ryby dochodzi już w temperaturze rzędu 40 st.C. Aktyna denaturuje się w temperaturze około 60 st.C.W przypadku mięsa zwierząt lądowych - żyjących w środowisku, w którym muszą znosić o wiele wyższą temperaturę, a czasami spiekotę, miozyna podlega denaturacji w temperaturze rzędu 50 - 6- st.C (konkretna wartość zależy od czasu eskpozycji, pH itd.), a aktyna w 66 - 73 st.C." - tak, tak, to jest cytat z kolejnej książki. 398 stron chemii, fizyki i matematyki kulinarnej. Swoją drogą tytuł ma bardzo adekwatny do treści. Ciekawa jestem w jakim nakładzie się sprzedała ;) Jeff Potter - Gotowanie dla geeków
I ostatnia pozycja - urocza Rachel Allen. Do tej pory oglądając jej programy naprędce notowałam przepisy i za każdym razem okazywały się totalnymi hitami. Wydała całkiem sporo książek, ale ta akurat najbardziej mi odpowiada i nie mogę się doczekać, kiedy wypróbuję kolejne przepisy i będziemy wzdychać i mlaskać nad wołowiną po koreańsku z ryżem i awokado albo wolno pieczonym kurczakiem z chilli i cytryną. Przepisy są proste, składniki niewyszukane, a więc trafione w 100%! Rachel Allen - Rachel's Food for Living.
Na mojej liście życzeń jest jeszcze kilka pozycji. Ale o tym w następnym wpisie. Najpierw czeka mnie wyszukiwanie, odpływ gotówki z konta i najprzyjemniejsza część - oczekiwanie na awizo. Jeszcze nigdy wycieczki na pocztę nie kojarzyły mi się tak dobrze!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




